Imieniny:
Szukaj w serwisieWyszukiwanie zaawansowane

Wiadomości

2010.10.30 g. 21:45

Harleyem do Anglii - 1975

Część druga
Prowadził Zygmunt, który juz raz był kiedyś w Anglii i według naszych kryteriów trasę miał obstukaną. Tak nam się przynajmniej wydawało.

Czytaj część pierwszą wspomnienia o wyjeździe Harlejem do Anglii w 1975 roku

Na szczęście wielki Londyn ma około stu mil średnicy i jakąkolwiek drogą by się z Dover nie jechało, nie sposób do niego nie trafić. Oczywiście pod warunkiem, że się jedzie na północny zachód. Ten prosty fakt zdecydowanie nam pomógł, ale nie pytajcie się, którędy tam dojechaliśmy....

Krzysztof Więckowski w Londynie w 1975 roku

Krzysztof Więckiewicz
w Londynie w 1975 roku

Waliliśmy na Londyn naszą kawalkadą prowadzoną przez Sokoła, z zawrotna prędkością 60, momentami 80 km/h, a i tak okazywało się, że hamulce w tym wspaniałym pojeździe jakimś cudem powodowały, że żółte światła na skrzyżowaniach zawsze zapałały się za późno...
Awaryjne hamowanie było wykluczone i z przerażeniem patrzyłem, jak na większość skrzyżowań Sokół wjeżdżał na czerwonym świetle. Ja jako ostatni zjeżdżałem już na zielonym, bo przy tej prędkości tyle to trwało...
Zasady ruchu lewostronnego dodatkowo urozmaicały nasza podróż i dodawały egzotycznego smaczku do tej wyprawy.
Te sto mil dzielące nas od Londynu jechaliśmy cały dzień i mimo, że często wydawało mi się, że jedziemy w zupełnie niewłaściwym kierunku, w końcu dotarliśmy do celu.

Harleyowcy w Londynie

Harleyowcy w Londynie

Zatrzymaliśmy się na przedmieściach Londynu u Grzegorza, starego kumpla Zygmunta ze szkoły średniej.
Grzegorz zaoferował nam miejsce do spania na podłodze w swoim salonie.
Niczego więcej nie oczekiwaliśmy, i z radością przyjęliśmy jego zaproszenie.

Harleyowcy w Londynie

Następny tydzień spędziliśmy w Londynie. Jeździliśmy codziennie z Maćkiem do centrum i z zachwytem zwiedzaliśmy to niezwykle atrakcyjnie miasto. Zaliczyliśmy większość londyńskich muzeów, National Art Gallery, Tower, okolice Picadilly, i nawet udało się nam zobaczyć słynny wtedy musical „Hair”.
W British Museum maja najbardziej wartościowe zabytki Egiptu, Grecji starożytnej, Babilonu i innych miejsc, w których Imperium Brytyjskie zaznaczyło swoja obecność w epoce kolonialnej.

Któregoś dnia podjechał do nas Anglik na Hondzie, przedstawił się jako reporter pisma motocyklowego i wyraźnie zaciekawiony nasza wyprawa do Anglii oraz naszymi motocyklami zaproponował przeprowadzenie wywiadu.
Zgodziliśmy się i następnego dnia spędziliśmy razem kilka godzin opowiadając mu historie naszej wyprawy i odpowiadając na jego pytania dotyczące ruchu motocyklowego w Polsce.
Zapisał wszystko skrzętnie, porobił sporo zdjęć i obiecał przysłać na nasz adres magazyn z wywiadem. Dotrzymał słowa, do dzisiaj przechowuję ten egzemplarz jako pamiątkę naszej wyprawy do Anglii.

Artykuł o polskich harleytowcach w angielskim magazynie motocyklowym

Angielski magazyn motocyklowy z 1975 roku

Artykuł w angielskim magazynie motocyklowym

Proszę zwrócić uwagę na dowcipny tytuł artykułu, możliwy tylko w jez. angielskim: "A bit of spit & polish".
W dosłownym tłumaczeniu znaczy to w żartobliwym sensie "naplute i wypolerowane". Nawiązuje to do stosowanej kiedyś przez wszystkie gospodynie domowe techniki mycia luster lub szyb - najlepiej jest napluć i przetrzeć szmatka, połysk gwarantowany:) Jednocześnie zachodzi tu gra slow, ponieważ polish znaczy również "polski". Obawiam się, że w naszym opisowym języku nie do odtworzenia...

Po tej dawce kultury poczuliśmy ochotę na jazdę i pewnego dnia ruszyliśmy z Maćkiem w trasę na południe Anglii, do Poole, gdzie mieszkali moi Anglicy.
Zygmunt został u Grzegorza w Londynie i nasza średnia natychmiast się poprawiła, nareszcie mogliśmy jechać na trzecim biegu.
Nie żebym kpił z Sokola, to piękny motocykl, ale na przełożeniach do jazdy z koszem jest bardzo wolny i Harley WL to przy nim prawdziwy scigant.

To była piękna trasa. Anglia jest bardzo zielona, a pogoda tego roku była iście motocyklowa i wyjątkowo nam dopisywała.
Przez sześć tygodni, które tam spędziliśmy nie spadła ani jedna kropla deszczu, podobno było to lato stulecia.
A mówią, ze w Anglii ciągle pada...

Ray i Pete mieszkali w hrabstwie Dorset, bardzo pięknym miejscu na południu Anglii położonym na wybrzeżu Kanału La Manche.
Spędziliśmy z nimi i ich kumplami szalony tydzień balowania, spało się w dzień - mowie tu o mnie i Maćku, bo oni szli rano do pracy. Do dzisiaj nie wiem jak oni to przeżyli...
Jeździliśmy do wiele rożnych miejsc, włóczyliśmy się nocami po portowych pubach Bournemouth i Blackpoole i w ogóle robiliśmy wiele różnych rzeczy, których na co dzień raczej się nie robi.
Poznaliśmy wielu młodych Anglików, przeważnie motocyklistów jeżdżących na typowych angielskich maszynach marki BSA, Triumph i Norton.
Z harleyowcami, poza Petem, który uparcie jeździł swoim WLD, nie mieliśmy okazji się zetknąć. Anglicy to przeważnie motocykliści, a nie Harleyowcy.

Prowadziliśmy przy piwie ciekawe rozmowy, przeważnie o wszystkim i o niczym, jak to młodzi, i jedynym co z tego zapamiętałem było to, ze mój angielski znacznie się poprawił. Powoli zaczynałem ich rozumieć.

W tym czasie Anglia przeżywała okres pewnego niepokoju społecznego, odżyły stare problemy z IRA i zdarzało się, ze podkładano bomby w pubach, były ofiary śmiertelne.
Ludzie zrobili się bardzo wyczuleni i pamiętam jak w czasie pobytu w jednym z pubów ktoś nagle zauważył stojąca pod stolikiem małą walizkę, przy której nikogo nie było.
Wszyscy zaczęli się nerwowo kręcić i wsłuchiwać, czy przypadkiem nie doleci z walizeczki delikatne „cyk, cyk, cyk...”
Co poniektórzy zaczęli już powoli wychodzić z pubu, szli coraz szybciej, zrobił się tłok przy drzwiach, gdy nagle z sąsiedniej toalety wyszedł starszy jegomość, podniósl z podłogi podejrzana walizkę i ruszył w kierunku wyjścia.
Wszyscy ryknęli śmiechem i wrócili na swoje miejsca przy ladzie, tylko właściciel walizki nie wiedział o co chodzi i zdezorientowany patrzył na nas nic nie rozumiejącym wzrokiem.
Pokręcił głową z dezaprobata i wyszedł mrucząc cos pod nosem na dzisiejsza młodzież...Fucking youngsters...
Pożegnała go kolejna salwa śmiechu.

Wzięliśmy również udział w dużej fecie zorganizowanej w Bournemouth z jakiejś tam okazji, pojechaliśmy tam całą grupa motocykli.
Załadowano je na duże platformy ciągnięte przez ciężarówki i całą tą kawalkadą przejechała przez udekorowane miasto. Grały różne orkiestry, dzieci piszczały na piszczałkach, wybuchały petardy, a nasi nowi kumple co jakiś czas chorem wznosili okrzyki – „buy british, buy british...”. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, ale tez nie żałowaliśmy gardeł.
Za wolność nasza i wasza...

Tydzień minął jak piękny sen i pewnego poranka spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z naszymi angielskimi kumplami, podziękowaliśmy za gościnę i ruszyliśmy do Londynu.

Powoli zbliżał się termin powrotu do Polski.
Ta wyprawa zmieniła nas całkowicie, wracaliśmy jako zupełnie inni ludzie, mieliśmy juz przed sobą inne cele i nowe marzenia.
Nadszedł dla nas czas, żeby zacząć je realizować.
Ten pierwszy kontakt z wolnym światem zachodu wywarł na mnie niezatarte do dzisiaj wrażenia i całkowicie zmienił moje poglądy na wiele różnych spraw.
Do dzisiaj wspominam chwile tam spędzone z wielka przyjemnością.

Zdjęcia z archiwum autora.

Opowiadanie pochodzi ze zbioru wspomnień przygotowywanej do wydania książki
"Harley mój kumpel 2"

Zobacz inne artykuły autora:



Opublikowal: Michał Pawlik
-
Serwis oprogramował Jacek JabłczyńskiCopyright(c) 2002 - 2014 Fundacja Promocji m. st. Warszawy